Udało się!
Za mną pierwszy „rozlew” — bo właśnie tak w miodosytnictwie nazywa się przelewanie gotowych miodów pitnych do butelek.
Było sporo emocji i kilka chwil niepewności. Po raz pierwszy moje miody pitne zostały poddane pełnym badaniom laboratoryjnym. I tutaj należy się wielki ukłon w stronę Enolab z Krakowa. Dziękuję za wszystkie wskazówki i porady dotyczące kupażowania, czyli łączenia różnych nastawów w celu ograniczenia liczby niezbędnych badań.
Żeby pokazać Wam skalę całego przedsięwzięcia — jeden rocznik to około 1500 litrów miodu pitnego, czyli mniej więcej 30 gąsiorów o pojemności 50 litrów.
Każdy nastaw to osobna historia, a jego dokładna analiza wymaga czasu, odpowiedniego sprzętu i oczywiście kosztów. Gdyby badać każdy z 30 gąsiorów osobno, robi się z tego naprawdę znacząca kwota.
Dlatego w mojej rzemieślniczej produkcji stosuję kupażowanie. Dzięki odpowiedniemu łączeniu nastawów mogę ograniczyć zarówno czas potrzebny na badania, jak i ich koszty — oczywiście bez rezygnowania z kontroli jakości.

Nie obyło się również bez strat.
Około 150 litrów miodu pitnego musiało zostać zutylizowane, ponieważ wykazywało przekroczenie wymaganej normy dla kwasowości lotnej.
W przypadku jakościowych miodów pitnych dopuszczalna wartość wynosi 1,4 g/l.
To nie była łatwa decyzja, ale właśnie na tym polega odpowiedzialne rzemiosło. Nie wszystko, co powstaje podczas wielomiesięcznej pracy, musi ostatecznie trafić do butelki.
A teraz najważniejsze:
Zgodnie z harmonogramem moje miody pitne będą dostępne w grudniu tego roku.
Obecnie rozmawiam z lokalnymi sprzedawcami, żeby Miody Pitne Dawidowicz były dla Was jak najłatwiej dostępne.
To dopiero pierwszy krok, ale dla mnie naprawdę ważny.
Trzymajcie kciuki!
Do zobaczenia przy pierwszej butelce!


Dodaj komentarz